Natalia Kamińska

Z teatralnego pandemonium
„Z jakiej klasy społecznej jesteśmy?” – zapytała mnie pewna młoda dziewoja, gdy o poranku w restauracji hotelu Rzeszów napawałam się świeżą kawą, podziwiając ikoniczną panoramę miasta. „Ach, drogie dziecko, ciekawe pytanie!” – odparłam. Zerknęłam dyskretnie, jaką godzinę wskazuje mój Patek, usadowiłam się wygodnie na tle mojej rodowej biblioteki, przygotowałam nam po kieliszku koniaku i rozpoczęłam wykład. Przy dyskretnym akompaniamencie 7. symfonii Dymitra Szostakowicza wyjaśniłam, że istnieją trzy główne teorie klas społecznych. Najstarsza, wywodząca się z marksizmu, dzieli społeczeństwo na klasę pracującą (proletariat) oraz klasę posiadającą środki produkcji (burżuazję), która czerpie zyski z pracy tej pierwszej. W myśl tej teorii, między klasami istnieje nieusuwalny konflikt interesów, a więc antagonizm, a jedyną drogą do wyjścia z impasu jest rewolucja. Kolejna, stworzona przez Maxa Webera, jest już nieco ciekawsza – dochodzi tu kwestia statusu, prestiżu i władzy. No i jest jeszcze teoria Bourdieu. I dla nas – ludzi kultury – ta ostatnia jest najciekawsza, wskazuje bowiem na wagę zasobów intelektualnych i tak zwanego obycia w procesie klasyfikacji, de facto wywyższając nas nad – dajmy na to – jakichś prostych dorobkiewiczów.
„Ha! Czyli teraz performujesz klasę wyższą według teorii Bourdieu!” – przytomnie zauważyła moja bystra towarzyszka. „Rozgryzłaś mnie!” – westchnęłam, po czym jednym zgrabnym ruchem ściągnęłam z siebie niewygodny strój pani z wyższej sfery, ukazując jej moje prawdziwe oblicze – Potwora Mobilności Klasowej. „Widzisz” – zaczęłam, starając się nie zwracać uwagi na przerażenie, które wzbudziła moja rosochata postać – „jesteśmy w teatrze” – wskazałam łapą na zarys widowni majaczący pod ostrym światłem reflektorów – „a teatr to miejsce aspiracji”.
Dalej opowiedziałam, jak to parę dni temu nawiedziłam Giletę z Księżniczki na opak wywróconej. Wmówiłam głupiej, że jak założy ładną sukienkę, to jej los magicznie się odmieni. A nawet w Paryżu nie zrobią z owsa ryżu. Nieźle pomieszałam też szyki postaciom z Dziedzictwa – chcieli tu sobie mieć i miłość, i kasę, i przywileje, a tak fajnie to nie ma! No i wszyscy źle skończyli, nieprawdaż? „Ale te spektakle opowiadają przecież o dawnych czasach” – moja rozmówczyni nie dawała za wygraną – „wybacz, że spytam tak wprost, ale co ty tu jeszcze robisz?”. „Kochana, ja się nigdy nie miałam tak dobrze, jak teraz” – roześmiałam się jej w twarz.
Wyjaśniłam, że najbardziej aktywna byłam poza sceną. Krążyłam między widzami, szepcząc im do ucha różne słodkie słowa, na przykład: „czy jestem wystarczająco elegancko ubrany na wieczór w teatrze?”, „Jezu, nie wiem o co chodzi, ale będę udawać, że rozumiem, żeby nie wyjść na idiotkę!”, „ech, to było dobre czy nie? Chyba nie umiem ocenić, ale już wstanę do oklasków, skoro wszyscy wstają”. Dzięki temu zrozumieli, że chodząc do teatru, mogą podwyższyć swoją pozycję klasową. „Jak widzisz, jestem tylko skromną działaczką na rzecz promocji kultury” – zakończyłam mój wywód.
Na to pewien chłopiec z żołnierską gwałtownością wystrzelił dwa palce w górę: „Psze pani potwór, a ile tych spektakli trza zobaczyć, żeby se skoczyć do góry o jedno oczko?” – spytał ambitny młodzian, który ewidentnie nie odrobił lekcji ze strategii dystynkcji klasowej. Moje wyszkolone nozdrza natychmiast wychwyciły unoszący się nad widownią słodki zapach okrucieństwa. Postanowiłam go podsycić: „W twoim wypadku… tak na oko… jakieś 2764!”. Po widowni przebiegł szmer, z którego pączkowały pojedyncze wybuchy śmiechu. Wkrótce dołączały do nich coraz to żywsze salwy, aż cała sala rechotała, a wszystkie reflektory zostały skierowane na biednego chłopaka. Spocił się jak wieprz, głowa mu poczerwieniała, zaczęła puchnąć jak balon, i byłby może wybuchł, gdyby znowu nie wtrąciła się ta wstrętna dziewucha. „Przestańcie się z niego śmiać!” – wykrzyknęła harcereczka. „Ja będę chodzić do teatru tylko wtedy, kiedy chcę i na to, na co mam ochotę! A jeśli myślicie, że śmiejąc się z tego chłopca, dobrze wypadacie, to jesteście, jesteście…” – wzięła głęboki oddech, zacisnęła piąstki i zawzięła się w sobie by przygotować się na nadchodzące przekroczenie – „jesteście GŁUPI!”. Wtem światła teatralne zgasły, a nad widownią, niczym czerwony dywan, rozwinęła się tęcza. Dziewczynka wskoczyła na nią jednym zgrabnym susem, wciągnęła chłopca za rękę, i razem poszli w kierunku Świetlanej Przyszłości nad głowami skonfundowanej widowni.
A ja? Skorzystałam z okazji i schowałam się w kulisach. Poczekam tu na następnych. Tylko oby się o tym incydencie nie dowiedziano w Piekielnych Zastępach, bo moja pozycja może być zagrożona!


0 komentarzy