Natalia Kamińska
O spektaklu Festen w reż. Katarzyny Deszcz z Uniwersytetu Andrzeja Frycza-Modrzewskiego w Krakowie w ramach 64. Rzeszowskich Spotkań Teatralnych

Nie wiedziałam, czego się spodziewać po krakowskim Festen, spektaklu dyplomowym pierwszego w historii rocznika kierunku aktorskiego na Uniwersytecie Andrzeja Frycza Modrzewskiego. Nowe szkoły teatralne nie otwierają sią każdego dnia – więc wydarzyć się może wszystko. Czy młody kwiat polskiego aktorstwa spotkamy w pełnym rozkwicie, czy raczej jeszcze zielony? Szkoła nie ma w końcu renomy – tę dopiero zbuduje, począwszy od tego rocznika i tego spektaklu. Czuję więc, że ciąży na mnie spora odpowiedzialność – szczęśliwie rozłożona między wielu recenzentów – ponieważ mój głos, w stopniu raczej skromnym, ale jednak, się do tego przyczyni.
Nie trzymając czytelników (a w ich liczbie najpewniej młodych aktorów) dłużej w napięciu, pozwolę sobie na spojler – tak, spektakl podobał mi się. I to dużo bardziej, niż się spodziewałam. Spektakl był super! Duża w tym zasługa reżyserki Katarzyny Deszcz, która umiejętnie połączyła wymogi dyplomu z fenomenalnym materiałem źródłowym, jakim jest film Mogensa Rukova i Thomasa Vinterberga. Mam także poczucie, że role zostały dobrane najlepiej, jak mogły, zarówno pod względem warunków, jak i możliwości – a te, przynajmniej w kilku przypadkach, wydają się naprawdę imponujące. Podobało mi się, ale z pewnymi zastrzeżeniami – o czym później (no, nie mogę Was wypuścić już w drugim akapicie!).
Spektakl został wyreżyserowany bardzo blisko filmowego oryginału; prosta, funkcjonalna scenografia stanowi dyskretną batutę dla zespołu aktorskiego. Zwykły blackbox, w którym zmiany umeblowania zaznaczają kolejne sceny, i tylko jeden element znaczący – ogromny, kryształowy żyrandol, symbol statusu, obiekt autorytarnie domagający się uwagi, a także poniekąd groźba wisząca jak chmura burzowa nad głowami postaci scenicznych. Zasadniczy sens i siła filmu Vinterberga zostały zachowane. Mamy więc zepsute elity, terror władzy, który zmusza do odwracania oczu od jej nadużyć, a także pochwałę odwagi i niezłomności – wszystko pokazane z wyczuciem, w przejmujący i przekonujący sposób. Tym ciekawiej prezentują się interwencje dokonane na oryginale: wektor pogardy rodziny Helge skierowany zostaje przeciw Ukraińcom – niby należącym do rodziny, ale pozostającym na jej obrzeżach, akceptowanym tylko o tyle, o ile pozostają podporządkowani. Helen zamiast czarnoskórego partnera (jak w filmowym oryginale) przyprowadza na kolację osobę queerową – to także celna adaptacja skandynawskiego oryginału do polskich warunków. Dzięki temu mechanizm współwiny w nienawiści napędzanej oportunizmem, który tak świetnie portretuje Festen, dotyka naprawdę głęboko i myślę (czy raczej mam nadzieję), że może niejedną osobę skłonić do refleksji czy nawet zmiany postawy (ileż to zadeklarowanych antyrasistów pozwala sobie teraz na antyukraińskie wycieczki, nie widząc w tym żadnej sprzeczności?). Rozwiązania sceniczne zostały ciekawie wyzyskane względem medium filmowego; jak chociażby zabieg przeprowadzenia trzech scen – przemocy domowej, romansu i konfrontacji z realnością śmierci – w jednej scenie, obok siebie, tworząc bardzo ciekawą kompozycję.
Pochwaliłam spektakl, a teraz nadchodzi ten słodko-gorzki moment, w którym trzeba się już odnieść do młodego zespołu. Słodki – bo widziałam na scenie przynajmniej kilka osób, którym wróżę wielką przyszłość, a gorzki, bo zespół był jednak bardzo nierówny, na czym – w nieznacznym szczęśliwie stopniu – ucierpiało pod każdym innym względem bardzo sprawne przedstawienie. No dobra, bardziej jednak słodki, bo, chociaż niektóre role wciąż są nadmiernie skażone akademickością (co oznacza jedynie tyle, że młodzi aktorzy potrzebują więcej wyrobienia), ogólny poziom był wyższy niż w niejednym spektaklu teatru instytucjonalnego. Chciałabym jednak uczulić twórców na pewną kostiumową niekonsekwencję – wizerunek jednej z postaci dość brutalnie łamał decorum przedstawienia. Rozumiem potrzebę umieszczenia aktorki na scenie, ale jej nieusprawiedliwione fabułą milczenie, bardzo sztucznie wyglądająca peruka, wielkie okulary i cekinowa sukienka niepotrzebnie ściągały uwagę i kazały doszukiwać się znaczenia, którego tam nie było. W tym naturalistycznym spektaklu stanowiły zgrzyt, który zaburzał kompozycję. Nie jest to oczywiście wina samej aktorki, która później dostaje swoją scenę już w innej roli – na tej jednak nie potrafiłam się skupić, bo cały czas myślałam tylko „aha! To dlatego siedziała przez ostatnią godzinę w stroju szpiega”. Nie mówiąc już o tym, że wybór ten prowokuje niesprawiedliwe negatywne nastawienie do odtwórczyni – każe się zastanawiać, dlaczego nie dostała roli mówionej albo dlaczego jej ekspresja została przykryta przez charakteryzację. Gorąco namawiam do przemyślenia tej kwestii i znalezienia takiego rozwiązania, które nie będzie krzywdziło ani spektaklu, ani aktorki.
Pomijając ten jeden element, dyplomowy Festen to pełnokrwisty, angażujący, poruszający i mądry spektakl. Liczę, że na stałe trafi do repertuaru Proximy; gdy tak się stanie, koniecznie go zobaczcie!


0 komentarzy