Mateusz Kaliński
Złośliwcy miewają skłonność do pogardliwego wyrokowania, że ten lub tamten spektakl był „o dupie Maryny”. Lecz nawet zepsuty zegar dwa razy dziennie ma rację. W rzeczy samej mógłbym tak właśnie napisać: Księżniczka na opak wywrócona w reżyserii Pawła Aignera (produkcja Teatru im. W. Horzycy w Toruniu) była przedstawieniem i o dupie, i o Marynie, i o ich perypetiach. Nie jest to jednak wyraz pogardy z mojej strony; w żadnym wypadku potępiająca ocena! Twórcy bowiem – ze swadą i zwadą – prezentują wcale niegłupią myśl: zasadą rządzącą światem jest erotyzm, a stylem jego farsa.
Po odsłonięciu kurtyny na scenie widzimy cały zespół aktorski, stojący tajemniczo pod zacienioną kolumnadą, a na jego czele – niczym wodzirej tej całej zabawy – ustawia się w pozie, jakby do zdradzenia jakiejś wielkiej prawdy, Majordomus/Kupidyn z bębenkiem (Grzegorz Wiśniewski). I ową prawdę – machinę spektaklu – ogłasza nam z emfazą: „Świat nasz jest…” – „…farsą, farsą, farsą”, dopowiada reszta obsady. W istocie deklaracja gatunkowa powinna ustawić odbiór widza, powinien się on farsowo nastawić – lecz w tym miejscu także warto by się zastanowić w ogóle czym w ogóle farsa – jako taka – jest. Wiemy wszak, że ma być zabawnie, wręcz absurdalnie i najlepiej rubasznie, ma być lekko i figlarnie – tak bardzo, że nikt, nawet najbardziej naiwny z naiwniaków nie weźmie na serio nic z tego, co na scenie. Farsa, innymi słowy, opiera się na ciągłym podważaniu sytuacji scenicznej, zrywaniu z fikcją i puszczaniu oka do rzeczywistości pozateatralnej.

Twórcy toruńskiej Księżniczki… doskonale sobie z tego zdają sprawę. Nierzadkimi przypomnieniami wypowiadanymi przez aktorów sygnalizują nam, że wszystko tu jest zaledwie sytuacją sceniczną. Świadczy o tym także formalna strona spektaklu. Dajmy na to scenografia (razem z kostiumami projektu Magdaleny Gajewskiej), która jest jednocześnie całkiem bogata, mobilna, dopracowana – i… czyżby niedokończona, jakby jej autorka straciła zapał na finiszu? Weźmy kolumny, które wspierają łuki (budujące klimat dworski w scenach pałacowych i romantyczno-sentymentalny w scenach ogrodowych): ujawniają one swoją tekturową teatralność dlatego właśnie, że spod dekoracji wyziera metalowy stelaż, jakby zabrakło materiałów lub woli, aby fikcję dokończyć. Świetny to pomysł, ponieważ widownia zawsze jest utrzymywana na granicy popadnięcia w ostateczne buffo.
Dzięki temu bowiem wprowadzeni jesteśmy nie tyle do świata rubasznego, wręcz wulgarnego humoru, ile do przestrzeni pewnego zawieszenia i pozorności, dzięki której stwarzają się osobne sensy i reinterpretacje, wykraczające daleko poza żarty o dziurze w dupie. Wulgarność może mieć rozmaite funkcje. Pewnie, możemy ją powiązać z wyrostkiem, który podłapał swoje pierwsze brzydkie słowo na K; możemy też z niesmakiem odwrócić głowę od jej nadobecności w telewizji czy internecie. Ale wulgarność może być też prowokacją – w dobrej lub złej wierze albo bez wiary czy celu w ogóle – jak to było w przypadku Johna Cleese’a, który postanowił zostać pierwszym człowiekiem, który podczas pogrzebu (swojego dobrego przyjaciela z grupy Monty Pythona, Grahama Chapmana) powie słowo fuck (niesiony podobną ambicją niniejszym postanawiam zostać pierwszym człowiekiem w historii naszego bloga, który napisał słowo „kurwa”).

Wulgarność jednak potrafi być całkiem niegłupią formą radykalnej, niemożliwej do przeoczenia krytyki porządku społecznego. Jak bowiem zignorować tak zwanego prostaczka, który odważy się wypiąć tyłek na jaśnie pana? Tak – do pewnego stopnia – dzieje się w toruńskiej Księżniczce… Mamy do czynienia ze zderzeniem dwóch całkowicie odmiennych światów: książęcego i chłopskiego. Pierwszy z nich stoi intrygami i konceptami, drugi zaś zwulgaryzowaną i żywotną erotyką. W pierwszym motorem naszego działania jest coś, co nazywa się miłością dworską, a w drugim szczera i nieskrępowana chuć. I oczywiście – zestawienie tych dwóch porządków ukazuje umowność dworskiej etykiety wrzuconej na rozgrzanego grilla chłopskiego żywiołu, lecz Aigner idzie nieco dalej – i tu zaczyna się robić naprawdę ciekawie.
Podmienienie – uczynienie tytułową „księżniczką na opak” – prowadzi Giletę (wspaniała Izabela Baran) do rozterek tożsamościowych. Spektakl w takich momentach wytraca swój farsowy styl, tonacja staje się poważna, a Gileta powtarza raz po raz pytanie „kim jestem?” – księżniczką czy chłopką? W tym problemie chodzi nie tylko jednak o to, w jaki sposób kobieta postrzega samą siebie, lecz także o to, w jaki sposób jest postrzegana przez innych i w jakie suknie ubierana. Niebagatelne to kwestie, ponieważ jest to w istocie problem osiągnięcia samopoznania. Póki żyła starym życiem – pełnym cielesności, rubasznego humoru i wulgarnej erotyki – póty dysponowała świadomością na temat siebie oraz porządku społeczeństwa, w którym się znajduje. Wejście w suknię księżniczki natomiast sprowadziło na nią szereg wątpliwości – nie tylko co do zasad panujących w nowym środowisku, lecz także co do własnej podmiotowości. Można wręcz powiedzieć, że nie było jej dane przejście tak zwanej „księżniczkowej fazy lustra”, czyli momentu, w którym księżniczka rozpoznaje siebie samą jako byt umieszczony we własnym ciele, odrębnym i autonomicznym.
Czy to oznacza, że toruńska Księżniczka… wpłynęła na niebezpieczne wody chłopomanii? Lud dobry i prawdziwy, arystokracja fałszywa i zła? W żadnym wypadku. Powiedziałbym raczej, że tak Gileta, jak jej mąż, Perote (Arkadiusz Walesiak), sprawują znacznie większą kontrolę nad własnymi ciałami niż znudzona arystokracja. Rubaszność więc, ta cała wulgarna awantura, służą temu, by ogłosić wszem wobec „oto ciało moje”. Wejście w konszachty z jaśniepaństwem prowadzi natomiast ku zatraceniu tej pewności. Ciała chłopskie stają się wtedy w zasadzie rekwizytami („tu uklęknij”, „tam się skłoń”) w osobliwym i cudacznym scenariuszu dworskiej intrygi.

Tak to sobie odczytałem. Czy mam rację w swoich dywagacjach jest jednak kwestią może nie drugorzędną, lecz nie powiedziałbym, że przesadnie kluczową. Przy tych wszystkich sensach, które z przyjemnością rozpisywałem, zaledwie przebąknąłem o sprawach formalnych – i to tylko wtedy, gdy wspierały moją interpretację (czyli dekonstruowanie scenicznej fikcji za pomocą scenografii). A zaznaczyć należy, że propozycja Teatru im. W. Horzycy jest też całkiem przyzwoitym spektaklem. Nie będzie przesady w stwierdzeniu, że rubaszny żart na ogół siada – twórcy trzymają fundamentalne dla farsy tempo, a widownia się dusi ze śmiechu. Zespół aktorski dobrze sobie radzi z tekstem niełatwym – archaizującym, rymowanym i „szybkim” – zgrabnie też operuje zarówno emfazą, jak i przerysowaniem, tak że oglądanie ich na scenie jest przyjemnością, a nie męką. W gatunku farsy wiele jest miejsc, w których łatwo się wyrżnąć i położyć rolę – poza opanowaniem trudnego tekstu i pracą w koturnowej pozie, aktor zazwyczaj musi dysponować perfekcyjnym przygotowaniem fizycznym i rytmicznym, by podołać skomplikowanemu ruchowi scenicznemu. I nie chodzi tylko o to, by nie złapał zadyszki (wczoraj nikomu to się nie przytrafiło); układ choreograficzny w Księżniczce… jest na tyle złożony, że docenić należy perfekcyjne jego wykonanie (zwłaszcza na wyjeździe) – szczególnie efektowne były sceny pojedynków na florety, szpady, rapiery i kije od szczotki (według choreografii Rafała Domagały).

Księżniczka na opak wywrócona w reżyserii Pawła Aignera, pierwszy spektakl konkursowy tegorocznego festiwalu, stanowi mocne, energetyczne i błyskotliwe otwarcie. Niepozbawione inteligentnej, przenikliwej myśli przedstawienie przede wszystkim oferuje dużo interesującej rozrywki oraz zabawy formą i wulgarnością. Nie jest ta ostatnia „szczeniacką wprawką w przeklinanie” czy „pustą prowokacją”, ale przewrotną okazją do postawienia dość istotnych pytań o stwarzanie się własnej tożsamości i autonomii, a także o możliwość przeciwstawienia się konwenansowi zrodzonemu z nudy miłościwie nam panujących. Bunt nie przyjmuje tu formuły heroicznej – przyjemniej jest się nurzać w beztroskim sowizdrzalstwie. Bo czasem, aby Maryna pozostała Maryną, musi sięgnąć po sprośne środki.
Teatr im. Wilama Horzycy w Toruniu
Pedro Calderón de la Barca
Księżniczka na opak wywrócona
Imitacja: Jarosław Marek Rymkiewicz
Reżyseria: Paweł Aigner
Scenografia i kostiumy: Magdalena Gajewska
Muzyka: Piotr Klimek
Fechtunek: Rafał DomagałaInspicjentka: Izabela Smużny
Premiera: 29 czerwca 2025 r.
Czas trwania: 160 min. (z przerwą)
Obsada: Aurora Lipartowska (Diana, księżniczka mantuańska – gościnnie), Igor Tajchman (Roberto, syn księcia Parmy), Julia Sobiesiak-Borucka (Flora, bratanica księcia Parmy), Wojciech Jaworski (Fisberto, książę mediolański), Jarosław Felczykowski (Książę Parmy), Michał Wolny (Lisardo, służący Roberta – gościnnie), Paweł Kowalski (Fabio, ogrodnik), Matylda Podfilipska (Laura, służąca Diany), Matylda Podfilipska (Silvia, służąca Flory), Grzegorz Wiśniewski (Majordomus), Izabela Baran (Gileta – gościnnie), Arkadiusz Walesiak (Perote), Anioły Kupidyna: Piotr Drost, Tomasz Węgierski, Patryk Weredycki, Radek Szura


0 komentarzy