Natalia Kamińska
O spektaklu Dżuma w reż. Wojciecha Kościelniaka z Teatru Kameralnego w Bydgoszczy

Jak to mówią anglosasi, practice what you preach – zarzekam się zwykle, że nie każdy spektakl musi być dla mnie i to jest w porządku. Ważne, czy jest ktoś, dla kogo dana estetyka, ujęcie tematu i przedstawienie będzie ciekawe, poruszające czy rozwijające. Czas próby nadszedł wraz z bydgoską Dżumą w reżyserii Wojciecha Kościelniaka. Emocjonalny i efektowny spektakl nagrodziły rekordowo długie owacje na stojąco, a za parę godzin bankowo dojdzie do nich nagroda festiwalowej publiczności. Ja bakcyla nie złapałam. I choć doskonale rozumiem, dlaczego spektakl się podobał – chwalić raczej nie będę, bo już się towarzystwo rzeszowskie wystarczająco Dżumy nachwaliło. Jeśli natomiast ktoś ma ochotę poszukać dziur i fałszywych splotów w tym imponującym gobelinie – zapraszam!
Napięcie rosło już od rana. Obrandowane Dżumą tiry zajęły większość parkingu Siemaszkowej. I nic dziwnego, bo scenografia okazała się tak ogromna, że rzeszowska ekipa techniczna skręcała całą noc, wieczór i poranek. Oczekiwania mogły więc dorównywać rozmiarem rzeczonym środkom transportu. I faktycznie – na scenie wyrosły wielkie, splątane schody, zwielokrotnione jeszcze w nieskończoność przez wielką projekcję, tak jak niemożliwe schody u Eschera pozwalające się kręcić jedynie w kółko, które zamykają postaci w egzystencjalnym kołowrotku. Ogromna obsada, obecny na scenie zespół muzyczny – wiadomo, że będzie widowisko. Dalej mamy nieco okrojoną i zmodyfikowaną fabułę powieści Camus rozbitą na piosenki, partie taneczne i krótkie dialogi. Najciekawszym, najbardziej kreatywnym i nośnym znaczeniowo elementem jest wprowadzenie postaci Anioła Dżumy. W kreacji Marii Salwińskiej był on jednocześnie kruchy i przerażający, wszechpotężny i słaby: był zarówno oprawcą, jak i ofiarą, duchem totalitaryzmu i uciskanym przezeń nagim życiem. Na tym jednak błyskotliwe interwencje się kończą.
Wiele z zastosowanych w Dżumie rozwiązań robiło wrażenie, ale nic więcej. Muzyka autorstwa Mariusza Obijalskiego jest na pewno bardzo efektowna, ale nie wnosi do spektaklu jako całości niczego poza przyjemnością estetyczną. Być może moje niewyszkolone ucho czegoś nie wyłapało, ale nie doszukałam się w niej ani metaforyzacji tematyki spektaklu, ani prób stworzenia pejzażu dźwiękowego Oranu, ani odniesień do określonych nurtów czy tradycji muzycznych wiążących spektakl z określoną kulturą, miejscem i czasem. Można powiedzieć, że jest to ścieżka generycznie zachodnio-musicalowa. Wybór bezpieczny, ale przez to nieciekawy.
Tym jednak, co najbardziej kulało, było libretto, w którym próżno szukać piękna literackiego pierwowzoru. Język nieraz wymykał się metrum, zmieniał rejestry i estetyki, chaotycznie mieszając cytaty z Camusa z nieprzystającymi stylistycznie dopiskami. Równie chaotycznie prezentowała się dramaturgia. Bydgoski spektakl próbował złapać za ogon naprawdę bardzo wiele srok, które w moim odczuciu rozleciały się w siną dal. Mamy tu różne egzystencjalne evergreeny: przypadkowość istnienia, absurdalność i niesprawiedliwość rzeczywistości, pochwałę działania na pohybel absurdowi, odpowiedzialność jednostki, itp., itd.
Spektakl miewał ambicje filozoficzne, by za chwile je porzucić i skupić się na perypetiach określonych bohaterów. Tych z kolei było naprawdę sporo; ledwo udało mi się zainteresować jednym wątkiem, a już za chwilę miałam do złapania pięć kolejnych, a porzucony wróci może na minutkę za jakieś osiem scen. Rozumiem, że intencją było tu pokazanie rożnych postaw w obliczu totalitaryzmu, ale mam wątpliwości, czy tak pokazane historie są w stanie zostać z widzem na dłużej i naprawdę w nim zarezonować. Spektakl raz puszcza oko ku współczesności, raz stara się być uniwersalny. Na chwilę pojawiają się w libretto odniesienia do foliarzy, by zniknąć i już nigdy nie powrócić. W pewnym ustępie wyśpiewywanym ze sceny dosłownie zostaje wyjaśnione znaczenie metafory całego spektaklu. Czasem jest więc miejsce na łopatologię i uwspółcześnienia, ale brakuje go tam, gdzie byłoby najbardziej potrzebne.
Wymowa Dżumy jest jednoznacznie antyfaszystowska. Intencję oczywiście doceniam, jest ważna i szlachetna, ale mam wątpliwości, czy spektakl ją wypełnia – brakowało mi odważniejszego podjęcia tematu faszyzmu. W końcu cała rzecz dzieje się Oranie, algierskim mieście okupowanym przez Francuzów. Mamy spektakl, który w jasny sposób opowiada się przeciw totalitaryzmom. Mamy odniesienia w libretto do współczesnych skrajnie prawicowych ruchów. Mamy efektowną scenografię układającą się w charakterystyczne dla północnoafrykańskiego pejzażu spiętrzone domki z piaskowca. Redaktora co i rusz wyśpiewuje, że pisze reportaż o życiu Arabów. A tych ani widu, ani słychu. Ta decyzja pozostaje dla mnie niezrozumiała, szczególnie że od 2001 roku mamy do czynienia z rosnącym kryzysem nienawiści przeciwko Muzułmanom, który przybiera coraz bardziej niebezpieczne formy – niekiedy przypominające zdarzenia poprzedzające drugą wojnę światową. Zabieranie głosu w tej sprawie, szczególnie w spektaklu z tak ogromnym potencjałem komercyjnym, który może dotrzeć do naprawdę szerokiej publiczności, wydaje mi się zmarnowanym potencjałem. Nie chcę narzucać twórcom politycznej interpretacji dzieła, ale wszystko wskazuje na to, że ich intencje były zbieżne z moimi, tylko z jakiegoś powodu nie zostały w pełni zrealizowane. Skoro tak już i tak twórcy silnie ingerują w oryginał, to jeśli ta opowieść miała być uniwersalna, można było przecież uczynić Oran generycznym miastem bez przynależności geograficznej – tak jednak nie uczyniono i uważam tę niekonsekwencję za ogromna słabość spektaklu.
I tak, zdaję sobie sprawę, że podobny zarzut można postawić samemu Camusowi, który Arabów w powieści potraktował dość marginalnie (co zresztą sam później tłumaczył w liście do algierskiego pisarza Moulouda Feraouna przez niechęć do rozgrzebywania wątku kolonialnego; sam zresztą był w ten kontekst przez swoje pochodzenie zamieszany). Niemniej mamy 2026 rok, a spektakl jest adaptacją powieści, nie jej inscenizacją. Nic w ogólnym kształcie spektaklu i w dokonanych wyborach nie usprawiedliwia tej ścieżki.
Ostatecznie jednak, pomimo moich własnych zastrzeżeń, kilkaset osób miało fantastyczny wieczór, a może część z nich spojrzy dzięki temu krytycznym okiem na własnego bakcyla dżumy?


0 komentarzy