To który tym wielkim poetą był?

mat. teatru

Mateusz Kaliński

A teraz przybywajcie, gęby! Nie, nie żegnam się z wami, obce i nieznane facjaty obcych, nie znanych facetów, którzy mnie czytać będziecie, witam was, witam, wdzięczne wiązanki części ciała, teraz niech zacznie się dopiero – przybądźcie i przystąpcie do mnie, rozpocznijcie swoje miętoszenie, uczyńcie mi nową gębę, bym znowu musiał uciekać przed wami w innych ludzi i pędzić, pędzić, pędzić przez całą ludzkość. Gdyż nie ma ucieczki przed gębą, jak tylko w inną gębę, a przed człowiekiem schronić się można jedynie w objęcia innego człowieka. Przed pupą zaś w ogóle nie ma ucieczki.

Witold Gombrowicz, Ferdydurke

„Kurczę, nie wiem”, chciałbym zacząć ten tekst i tym samym nawet nie udawać, że podjąłem jakąś walkę przed kapitulacją. Spektaklem, który mi sprawia problem i wpędza w niezdecydowanie, jest Ferdydurke w reżyserii Mariusza Malca z warszawskiego Och-Teatru. Sprawia problem, bo był zły i tragiczny? No właśnie nie. Uczciwie trzeba napisać, że ta produkcja jest żywa, ładna, angażująca. Jest to po prostu dobre widowisko. Dlaczego więc nie zachwyca?

Zanim zacznę się siłować z tym spektaklem, to opowiem co jest w nim dobrego. Krótka odpowiedź: niemal wszystko. Formalna strona Ferdydurke, choć korzysta z dość bezpiecznych strategii inscenizacyjnych, jest na wysokim poziomie. Nie ma tu kiksów, nie ma dłużyzn, nie ma zadyszki czy potykania o nogi. Chcemy mówić o sprawności? Proszę bardzo, mamy tu podręcznikową sprawność. Aktorstwo? Nienaganne. Wszyscy na wysokich obrotach. Krzysztof Szczepaniak jako Józio jest w zasadzie doskonały. Łapie, co trzeba, trzyma rytm, ma dużo z osobistego uroku i nonszalancji. Jak to się czasem teraz mówi: dowozi. A reszta obsady w niczym mu nie ustępuje. Sebastian Perdek (Miętus – chyba moja ulubiona w tym spektaklu rola) wspaniale odgrywa rozdarcie swojego bohatera między koniecznością uświadomienia Syfona (Philippe Tłokiński) a pragnieniem zbratania się z (i dostania po mordzie od) parobkiem (Otar Saralidze), Robert Czebotar (Profesor Pimko) tak ładnie upupia, że aż sam w sobie się skurczyłem i zapadłem, a Sławomir Pacek (Bladaczka, Wuj) świetnie ogrywa dwie fundamentalne dla powieści formy. Czasem się mówi, że są takie sceny, po których określa się miarę aktora i lekcję Bladaczki o Słowackim można uznać za jedną z nich: Pacek poradził sobie z nią kapitalnie.

Wizualna strona przedstawienia – choć względnie prosta, nieprzeładowana – także się sprawdza. Głównym elementem scenografii (Aleksandra Żurawska według pomysłu Mariusza Malca) są wielofunkcyjne, zaprojektowane niczym klocki lego stoły i ławy, które można łatwo i szybko układać w dowolne kompozycje. Ciekawym, choć nie do końca dla mnie zrozumiałym tropem jest zawieszenie obrazu Saint-Moritz (1929) Tamary Łempickiej w głębi sceny, jakby swoją obecnością miała ona matronować przedstawionym wydarzeniom. Przyznaję, dało to niezły efekt wizualny, szczególnie że ławy i stroje bohaterów zdawały się subtelnie nawiązywać do stylu art déco, jednak nie udało mi się rozsupłać tego związku. Do twórczości Łempickiej nawiązują także kostiumy projektu Zofii de Ines. Większość z nich to raczej typowa moda lat 30. XX wieku, jednak niektóre wyraźnie powtarzają ten trop. Dla przykładu: strój Zuty Młodziakówny (Maria Kłusek) jest odtworzeniem obrazu Saint-Moritz, czerwony kostium jej matki (Maria Seweryn) przywołuje Portret pani Bush (1929), a suknia Zosi Hurleckiej (ponownie Maria Kłusek) wprost nawiązuje do obrazu Młoda dziewczyna w zielonej sukience (1927–1930). Niewątpliwie oddaje to ducha epoki, podkreśla jej dynamiczność i nowoczesność, jednak mam nadzieję, że twórcy są w tej kwestii mądrzejsi ode mnie i sens rzeczywiście tam jest, bo byłoby rozczarowaniem i marnotrawieniem energii budowanie pustych odwołań dla samego ich faktu. Spektaklowi towarzyszy także muzyka wykonywana na żywo przez Karima Martusewicza i jego syna Nelsona, która jeszcze bardziej dynamizuje i tak całkiem dynamiczną akcję.

mat. teatru

W zasadzie trudno znaleźć coś w tej adaptacji, co mogłoby mi się nie podobać. Przedstawienie emuluje rytm i atmosferę koncertu porządnego jazz-bandu, jest precyzyjnie poskładane i w całości zgrane. I z pełną odpowiedzialnością (łatwo mi mówić, jaka kara niby na mnie spadnie?) mogę polecić tę wersję Ferdydurke, gdyby kogoś wywiało do Warszawy i miał wolny wieczór. Jakby ktoś się zastanawiał, to spokojnie można wysłać i szkoły. Nie piszę tego ironicznie czy złośliwie: zdecydowanie wolałbym zobaczyć taką interpretację niż to badziewie, na które mnie wysłali w liceum (jakby moja polonistka chciała klasę za coś ukarać). Jeśli młodzież rozwijać i uteatralniać, to niech to się odbywa przez jakościowe rzeczy. Wystarczająco dużo mają na głowie, by oglądać drugorzędne adaptacje. Ferdydurke w reżyserii Malca jest natomiast pierwszorzędne.

Także tego, fajnie, fajnie. Fajnie…

A jednak – pomimo tego pięknej i zgrabnej formy  – trzeba zapytać: co ta adaptacja Ferdydurke w zasadzie nam daje? Powieściowych sensów ani nie rozwija, ani z nimi nie polemizuje. Przeciwnie – wszystko zostaje wywleczone na widok i sprzedawane jak na straganie przy Krupówkach. Labubu-pupa, koszulka z gębą i ciupaga w kształcie łydki. No i buda z erotyzmem: tego trochę w spektaklu jest, ale to ten sam ograny typ inteligenckiego lęku przed przeseksualizowaną, prężącą się kobiecością (oraz takiegoż zniewolenia nią), że szkoda trochę miejsca na te same fantazje. Inteligent widzi młódkę i mu Comte wylatuje z główki? Ok, klawo, nie spodziewałem się. Czy to trochę Gombrowicza nie upupia? Czy nie zamienia go w skarbonkę z motywami i wątkami, z której bierzemy sobie monetę-cytacik, by wyjaśnić jakiegoś Gałczyńskiego w rozmowie? Gombrowicz nas wzrusza i zachwyca, albowiem WIELKIM pisarzem był (podnoszę wskazujący palec w górę, jak najwyżej, dotykam nim nieba i łaskoczę w stopy aniołki)! Dlaczego w powieściach wielkiego pisarza, Witolda Gombrowicza, mieszka nieśmiertelna groteska, która zachwyt wzbudza?

Bo właśnie: groteska. Czasem można odnieść wrażenie – na szczęście coraz rzadziej – że są w zasadzie dwa podstawowe tryby polskiej literatury i polskiego teatru: romantyzm i groteska. Oczywiście wyzłośliwiam się i narzekam na tak naprawdę dość wąską grupkę twórców z ich ready made problematyką. Jednak ten schematyzm wydaje się przybierać rozmiary potworne, monstrualne i – ha! – groteskowe. Romantyzm, myślę, zdążył nam spaść z piedestału i kto wie, może nawet słynne ogłoszenie końca paradygmatu romantycznego przez Marię Janion (z którego zresztą się później wycofała) stało się w końcu aktualne. Groteska natomiast – poniekąd dominujący język literatury polskiej w XX wieku – ze swoją ironią i absurdem zmieniła się w bezpieczną, niegroźną bekę. Czyli nieszkodliwe obśmianie. Chcemy się pośmiać z durnowatych paradoksów i głupot szkolnictwa? A potrzebny nam do tego Gombrowicz? Sami dobrze to widzimy, a uczniowie wewnątrz systemu widzą jeszcze lepiej. Groteska w swoim właściwym znaczeniu dziwaczności, wyolbrzymionego amalgamatu komizmu i tragizmu koniec końców jest językiem do mówienia o horrorze egzystencjalnym tak wielkim i nierozwiązywalnym, że pozostaje tylko skulić się w kłębek i z niego śmiać. Gdy życie natomiast okazuje się nie takie straszne, tylko czasem trochę głupie, a jedynym horrorem jest ten na Netflixie za 33 zł miesięcznie, to bliżej nam do języka farsy.

mat. teatru

Czy więc farsą była warszawska Ferdydurke? Nie czas i nie miejsce na rozważania genologiczne, jednak adaptacja Malca, mimo że wierna, gdzieś zgubiła zasadniczy powieściowy sens i tragizm nieokreśloności boczenia się z formą i gębą. Nie wystarczy powiedzieć „gęba”, by formy nam zatańczyły, nie wystarczy rzucić ironicznej uwagi, by nie przyłożyć cegiełki do kanonizacji Gombrowicza. W nocie wydawcy do jednego z wydań Ferdydurke (mam przed sobą to ze słynnej czarno-białej serii) legendarny gombrowiczolog Jerzy Jarzębski zauważa, że historia Józia jest metaforą stosunku człowieka wobec kulturowego dorobku wieków:

wiedza ta jest nieprzyswajalna dla jednostki, wpędza ją w kompleks niższości i nieautentyczności, każe – w myśl społecznych nakazów – udawać dojrzałość i ukrywać skrzętnie ignorancję, w rzeczywistości wtłacza indywiduum w ciasny pancerzyk społecznej roli, nie dozwalając na żaden spontaniczny gest.

Pewnie nie takie były cele twórców, nie twierdzę też, że nie skumali Gombrowicza. Mam jednak wrażenie, że w tej ostrożności i trzymaniu się za nogawkę autora Kosmosu chcąc nie chcąc podoprawiali i sobie, i nam te gęby ironizujących ironicznych ironistów. A sobie w dodatku związali ręce i nie odważyli na żaden prawdziwie spontaniczny, autentyczny gest. Ale tak to się już dzieje, gdy ktoś robi z powieści składankę The best of… Niestety cała głębia powieści gdzieś znika. Dobrze zrealizowane, pierwszorzędnie, ale jednak z drugiego rzędu.

Wiele razy się zdarzyło, że ktoś mi wyznał swój brak miłości do Gombrowicza – ostatnio tuż przed spektaklem. I co z tego? Tak właściwie to nic. Nie jest to zupa pomidorowa, że zjeść mają wszyscy. Warszawska Ferdydurke jednak pomyliła się w barze i zjadła cały garnek. I na kolanach – z rozjaśnionymi twarzami – wyszeptali: „boziu, boziu, Józiu, Józiu, ach, ach, cip cip, kurka”. Chyba, że tak miało być. To ja już się nie czepiam.

Koniec-zaskroniec, ta bomba to trąba.

Ecie-pecie, bleeeee.

Ferdydurke, według powieści Witolda Gombrowicza. Och-Teatr w Warszawie

Premiera: 28 lutego 2025 r.

Reżyseria: Mariusz Malec

Scenografia (wg pomysłu Mariusza Malca): Aleksandra Żurawska

Kostiumy: Zofia de Ines

Asystentka scenografki i kostiumografki: Małgorzata Domańska

Muzyka: Karim Martusewicz

Reżyseria światła: Katarzyna Łuszczyk

Choreografia: Sara Janicka

Realizacja światła: Waldemar Zatorski

Realizacja dźwięku: Marcin Głos

Producent wykonawczy i asystent reżysera: Krystian Zajdel

Inspicjent: Krystian Zajdel

Obsada:

Małgorzata Biela, Maria Kłusek, Lidia Sadowa, Maria Seweryn, Tomasz Borkowski, Adrian Brząkała, Robert Czebotar, Sławomir Pacek, Sebastian Perdek, Otar Saralidze, Krzysztof Szczepaniak, Philippe Tłokiński

0 komentarzy

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Blog festiwalowy przy 63. Rzeszowskich Spotkaniach Teatralnych. Recenzje, omówienia, polemiki, plotki. Okazjonalne złośliwości w granicach zdrowego rozsądku. Bloga prowadzą Natalia Kamińska i Mateusz Kaliński.

Chcesz się z nami skontaktować? Napisz!

natalia.katarzyna.kaminska@gmail.com

mateuszkalinski1993@gmail.com 

Pozostałe wpisy

10 w skali Gombrowicza

Recenzja-omówienie „Rejsu. Historia” w reżyserii Radosława Stępnia

Rozmowy z drzewami

Recenzja koncertu-spektaklu Dopóki masz ogród w reż. Sławomira Gaudyna na podstawie poezji Anny Bernat 

Stwór tańczy i śpiewa

Państwo dyrektorzy i dyrektorki, reżyserzy i reżyserki – sprawa jest.

Wampir dziki, wampir zły, on ma bardzo ostre kły

O spektaklu Drakula w reż. Jakuba Roszkowskiego z Teatru Miejskiego w Gliwicach

Nie każdy gambit wygrywa partię

Recenzja dramatu „Szachy” Marcina Bałczewskiego

DRACULA- foto Jeremi Astaszow - net144

Atak wampirów! Są ofiary [drastyczne, zobacz]

Krwawe żniwo czwartkowego spektaklu!

Na początku było jabłko, czyli imaginarium baby polskiej

Jeśli życia daje ci jabłka, zrób szarlotkę. Recenzja spektaklu „Niech no tylko zakwitną jabłonie” reż. Wojciech Kościelniak

To który tym wielkim poetą był?

Recenzja spektaklu „Ferdydurke” w reżyserii M. Malca.

Dwunastu biernych ludzi, czyli zbrodnia w Wiśniowym Sadzie

Rozwiąż największą zagadkę kryminalną Festiwalu Arcydzieł

Czy zostaną ruiny, kiedy to wszystko runie?

Legenda głosi, że mieszkańcy Atlantydy odczuwali ból trzykrotnie silniej niż współczesny człowiek. Bo my czujemy ból, a mieszkańcy Atlantydy bul, bul, bul.

Share This