recenzja spektaklu Wiśniowy sad w reżyserii Pawła Łysaka z Teatru Powszechnego w Warszawie
Natalia Kamińska

Dwunastu biernych ludzi, czyli zbrodnia w Wiśniowym Sadzie
Czy można Wiśniowym sadem opowiadać o katastrofie klimatycznej? Tak. O wojnie? A i owszem. O walce klas? Jak najbardziej. O Krystianie Lupie? Tak, tak i jeszcze raz tak. Oglądając spektakl z Teatru Powszechnego w Warszawie w reżyserii Pawła Łysaka, miałam wrażenie ustawicznego deja vu. Przecież ja to wszystko już gdzieś widziałam. Scenografia, muzyka, światło – piękne. Aktorzy – bez zarzutu. Tekst – wielka literatura. Odczytania i tropy – a jakże, są. To dlaczego nic a nic nie czuję? Czemu mam wrażenie, że już ten spektakl oglądałam? Przyznam, że dawno nie opuściłam teatru tak skonfundowana.
Recenzji i omówień spektaklu, także w kontekście dyrektury Łysaka w Powszechnym (już trzeci raz wystawia on Wiśniowy sad w podobnych okolicznościach) jest co niemiara. Czytelniczka z łatwością odnajdzie je w internecie, ja spróbuję więc zabawić się w detektywkę. Podejrzani? Dwanaście postaci scenicznych. Czyn? To się okaże. Do śledztwa!
Czas i miejsce zbrodni
Polska, Rosja lub Ukraina – zależy, kto co myśli o wystawianiu autorów kojarzących się z krajem agresora – choć dla porządku należy dodać, że sam Czechow był Ukraińcem, a i aktor wcielający się w Firsa, pochodzący z Ukrainy Artem Manuilov w wywiadzie dla “[REC] Magazine” potwierdza, że dołożono wszelkich starań, by tekst odrusycyzować. Ocenę skuteczności tego założenia pozostawiam już wrażliwości Czytelniczki, mnie natomiast samo sięgnięcie po autora nie razi.
Może to też być beckettowska w duchu przestrzeń zawieszona na granicy światów – na tę interpretację naprowadza nas prolog, w którym Luba i Szarlotta odgrywają na proscenium fragment Końcówki. Tylko co to za światy? Spójrzmy na oszczędną i monumentalną scenografię Roberta Rumasa. Surowe, betonowe konstrukcje przywodzą na myśl budynek w stanie deweloperskim, jednak czuć w nich wyraźnie ducha antyku. Uzupełnione świetnym światłem i projekcjami Artura Sienickiego, utrzymanymi w palecie znanej z ekranizacji Diuny (taką, jakby Słońce było dużo bliżej Ziemi), nabierają charakteru postapokaliptycznego, a efekt ten podbija jeszcze ambientowa, tajemnicza i rwana muzyka Dominika Strycharskiego. Ta historia dzieje się zatem tu i teraz, ale jednocześnie odgrywa się od wieków i będzie odgrywać się dalej.
W dyskursie wokół wystawienia obecna jest też interpretacja instytucjonalna –złośliwi mawiają, że Wiśniowy sad jest metaforą Teatru Powszechnego w okresie schyłkowej dyrekcji. Ale tu takich nie ma, więc przejdźmy do naszej listy podejrzanych.
Podejrzani
Patrząc na (bardzo efektowne) kostiumy Mateusza Stępniaka, można odnieść wrażenie, że każda z postaci jest z nieco innej (choć sąsiedniej) parafii, każda reprezentuje jakąś grupę społeczną, trochę jak w kultowym Klubie winowajców, gdzie mamy kujona, sportowca, dziwaczkę, księżniczkę i buntownika (w oryginale: a brain, an athlete, a basket case, a princess, a criminal). I tak, jak w filmie dostaliśmy uproszczony obraz społeczności szkolnej, tak tu spodziewamy się diagnozy społeczeństwa.
Centralną osobą spektaklu i pełnokrwistą damą, graną przez Ewę Skibińską, jest Luba – postać wyjęta wprost ze spektakli Krystiana Lupy (w czym Skibińska, będąc jego stałą współpracowniczką, świetnie się odnajduje, a gdyby ktoś miał jeszcze jakieś wątpliwości, przez połowę spektaklu trzyma w dłoniach Utopię 2 – czyli dzienniki Lupy z lat 1993–2003). Początkowo lwica salonowa, przechadzająca się po świecie lekką stopą, w drugiej części spektaklu jest cierpieniem uosobionym. Pozostało jej już tylko jedno: znosić upadek z godnością. Jak Maria Stuart – a Luba w pewnym momencie przedzierzga się w purpurowy, nieomal królewski strój – z podniesioną głową czeka na ścięcie (w tym wypadku nie głowy, a sadu).

Jeremi Łopachin (Mateusz Łasowski) należy z kolei do zupełnie innego porządku: to bezlitosny przedsiębiorca, którego możesz znać z LinkedIna. Może brak mu towarzyskiego wyrobienia, ale – co często podkreśla – wstaje codziennie o piątej rano i ciężko pracuje. Jest obiektem szeptanych żartów i nie tak znowu dobrze krytej pogardy ze strony arystokracji. W końcu, poza poczuciem klasowej wyższości, niewiele im pozostało. Moment wykupienia Wiśniowego Sadu przez Jeremiego zbliża się nieubłaganie, a na wszelkie jego propozycje współpracy nie mogą się przecież zgodzić. Postać kapitalisty jest zaprojektowana tak, by budzić niechęć, jednak w kluczowym momencie sztuki ten obraz się rozsypuje: gdy na scenę wjeżdża pierwsze ścięte drzewo, umieszczone na konstrukcji przypominającej temblak, Łopachin daje upust skrywanym wcześniej emocjom gniewu i upokorzenia. Triumfuje, bo oto posiadł ziemię, którą jego rodzice i dziadkowie urabiali niewolniczą pracą. No i w sumie ciężko mu zarzucić brak racji.
Pejzaż uzupełniają postaci ćwiczące się w rozmaitych technikach eskapistycznych. Wokół Luby krąży konstelacja arystokratów w różnym stopniu rozkładu. Mamy tam między innymi zatwardziałego konserwatystę, zblazowanego kosmopolitę, niereformowalnego imprezowicza i bardziej lub mniej pragnące małżeństwa młode kobiety. Choć zajmuje ich brak pieniędzy i wizja rychłego upadku rodziny, pozostają bierni wobec nadciągającego niebezpieczeństwa. Do tego kanapowy lewicowiec, histrioniczna guwernantka, wioskowy głupek, no i Firs – ciekawa, choć na mój gust nie dość wyeksponowana postać. W koszuli przypominającej te noszone przez Wołodymyra Zełeńskiego, stoi trochę z boku, tylko raz na jakiś czas przypominając o zagrożeniu wojną. Inscenizację, tak jak oryginał, kończy monolog zapomnianego przez wszystkich Firsa, z tym że tu pochodzący z Donbasu aktor mógł go napisać samodzielnie i to krótkie, skromne zakończenie zdecydowanie wzbogaciło całą kompozycję. Myślę jednak, że bardziej by ono wybrzmiało, gdyby postaci Firsa poświęcono więcej dramaturgicznej uwagi.
Ofiara
Ja – bo przez ten spektakl sympatyzuję z wycinającym drzewa deweloperem, co stanowi poważny uszczerbek dla mojej miłości własnej. Ale żarty na bok. Wyraźne nawiązania do Krystiana Lupy, u którego bierność elit jest powracającym tematem, wskazują na ostrzegawczy charakter tego wystawienia, jednak kogo i przed czym mają ostrzegać? Elementy spektaklu wyraźnie naprowadzają nas na interpretację związaną z wojną i katastrofą ekologiczną – czyli trochę obecne fan favourites dzisiejszej sztuki zaangażowanej. Przyznam, że jeden z elementów tego decorum utkwił mi szczególnie w pamięci jako chyba najpiękniejsza scena całego spektaklu: Ania (Klara Bielawka) i Piotr (Jan Sałasiński), stojący jak postapokaliptyczni Adam i Ewa, ledwo widoczni w aurze gigantycznego, płonącego żywym ogniem Słońca, zdają się widzieć w nim nie niszczycielską siłę, a świt nowej ery. I to odczytanie dramatu Czechowa jest jak najbardziej uprawnione, a także ciekawe, szkoda więc, że się na tym wątku nie skupiono, każąc mu dzielić miejsce z metateatralnym komentarzem czytelnym chyba tylko dla najbardziej zaangażowanych członków środowiska teatralnego.
Zidentyfikowaliśmy pokrzywdzonych, przejdźmy zatem do zbrodni.

Zbrodnia
Charakterystyczna dla odczytań Czechowowskiego dramatu schyłkowość ma u Łysaka wymiar zarówno psychologiczny, jak i totalny: świat, jaki znamy, się kończy, a postaci go zamieszkujące pogrążają się to w marazmie, to w dekadencji. Ich całkowita indolencja w dbaniu o Wiśniowy Sad, chroniczne zadłużanie i snucie po scenie sprawiają, że gdy Jeremi wykupuje ich rodzinny majątek, pozostaje wzruszyć ramionami. Szczególnie, że był budowany na niewolniczej pracy jego przodków.
Jeśli wziąć na serio ekologiczne odczytanie spektaklu, to myślę, że pokazana tu dynamika bardziej pasuje do relacji globalnego Południa z globalną Północą. Teraz, gdy światowy układ sił ulega przemianie, a podstawy zachodniej dominacji chwieją się w posadach, zbudowany na pokoleniach wyzysku i kolonializmu dobrobyt staje się zagrożony przez Obcego. Nachodzi mnie refleksja: czy mieszkańcy krajów rozwiniętych, przez dziesiątki lat pracujących na katastrofę klimatyczną, mają prawo wytykać nieekologiczne działania krajom rozwijającym się? Czy Jeremi, syn chłopów pańszczyźnianych, nie ma prawa wyzyskać Wiśniowego Sadu dla swoich potrzeb? To niewygodne pytania, które od obejrzenia spektaklu nie dają mi spokoju. Zastanawiam się też, na ile jest to przesłanie, które powinno się kierować akurat do mieszkańców Polski – kraju, który, bądź co bądź, dopiero się rozwinął, a przez lwią część nowożytnej historii był w tym Zachodzie albo jedną nogą, albo wcale nie było go na mapie.
Spektakl zdaje się sugerować, że mamy współodczuwać z wykorzenianą elitą. Ja nie wiem, może widownia Powszechnego uległa transformacji, od kiedy ostatni raz tam byłam, ale nie przypominam sobie, by składała się z potomków wielkich posiadaczy ziemskich. Mam poczucie, że jeśli spektakl mnie ostrzega, to ja, zaprojektowana widzka, nie mam się jak bronić. I mogę, tak jak Firs, tylko westchnąć, bo wszystko działo się nad naszymi głowami.
Werdykt
Bohaterowie Klubu winowajców dzięki popołudniu spędzonemu wspólnie w kozie odkrywają, że wcale tak bardzo się nie różnią. W każdym z nich jest trochę kujona, sportowca, wariatki, księżniczki i buntownika. W zasadzie to samo można powiedzieć o bohaterach Wiśniowego sadu – bo czy kwestia dobra planety, pobrzmiewająca w tle całego spektaklu jak gitara basowa, leży tam komukolwiek na sercu? Za rządów arystokracji ziemia podupadała, jej właściciele nie byli w stanie jej utrzymać, nie wyzyskując pańszczyzny. Za rządów kapitalistów sadu w ogóle nie będzie, bo zostanie wycięty pod działki deweloperskie.
Może gdyby dramat Czechowa odrzeć nie tylko z rosyjskości, ale i z elitaryzmu, ekologiczny wydźwięk Wiśniowego sadu nabrałby mocy. To, czego zabrakło mi najbardziej w spektaklu Pawła Łysaka, to konsekwencja w ukazaniu planety–sadu jako naszego dobra wspólnego, którego przyszłość zaczyna nam się wymykać z rąk. W zamian dostajemy obraz, w którym to dobro wspólne przechodzi z rąk jednej klasy posiadającej do drugiej. I tylko wiśni żal.


0 komentarzy