Mateusz Kaliński

Mówią tak dlatego, że Olle nie jest takim głupim chłopcem, który się nie chce bawić z dziewczynkami. Nic sobie z tego nie robi, gdy zaczynają się z nim drażnić, i bawi się i z chłopcami, i z dziewczynkami. Lasse i Bosse zresztą też chcą się bawić z dziewczynkami, chociaż udają, że nie chcą. Gdy jest tylko sześcioro dzieci w wiosce, muszą bawić się ze sobą bez względu na to, czy są chłopcami, czy dziewczynkami. Niemal wszystkie zabawy stają się weselsze, gdy się bawi w szóstkę, niż gdy się bawi w trójkę.
Astrid Lindgren, Dzieci z Bullerbyn w przekładzie Ireny Szuch-Wyszomirskiej
Od mojej ostatniej lektury Dzieci z Bullerbyn minęło więcej lat, niż byłbym skłonny przyznać, jednak doskonale pamiętam towarzyszące tamtemu czytaniu emocje i wrażenia. Mały Mateusz, uczeń którejś ze wczesnych klas szkoły podstawowej, stawiając pierwsze kroki w krytyce literackiej, uznał, że bez dwóch zdań musi to być najzabawniejsza książka, jaka istnieje i bardzo, ale to bardzo pragnął wtedy tylko jednego: dołączenia do bandy tych szwedzkich dzieciaków. Nie wątpię, że ta książka w jakimś stopniu mnie wtedy ukształtowała, być może nawet pewne ślady odnalazłbym i teraz. W końcu lektury dzieciństwa należą do tych najważniejszych, a to, co przeczytane później, nie działa już w tak intensywny sposób. Chcąc czy nie chcąc, rzeszowską inscenizację Dzieci… w pierwszej kolejności odbierałem jako nieco zbyt podekscytowany poszukiwacz znaków przeszłości.
Od razu napiszę: Siemaszkowa premiera podobała mi się. W praktyce recenzenckiej zazwyczaj unikam tak prostych i nieco obcesowych konkluzji, szczególnie na początku tekstu. Zwykle zanim w ogóle postawię sobie pytanie o jakość spektaklu – nawet prywatnie – muszę przejść przez mniej lub bardziej męczącą drogę szczegółowych analiz, interpretacji i negocjacji. Myślę jednak, że w tym konkretnym przypadku mogę pozwolić sobie na bezpośredniość i pewną nonszalancję. Czy oglądałem ten spektakl jako ktoś zaangażowany emocjonalnie we wspomnienie dzieciństwa? Pewnie, tak. Czy nastroiło mnie to pozytywnie przed napisaniem recenzji? Jeszcze jak. Wybaczam jednak to sobie i w tym wybaczeniu mam sojuszników, ponieważ właściwa widownia spektaklu, dzieci prawdziwe, a nie ci dziwacy grzebiący w pamięci, reagowały jak najżywiej. O czym to świadczy? O jakości werdyktu, który naprawdę się liczy – opinii najszczerszej widowni – w przeciwieństwie do dywagacji przemądrzałego krytyka.

Krytyczne obowiązki jednak nie znikają i winien Wam jestem ocenę głębszą niż „mnie się tam podobało”. Na szczęście nie polegam tylko na przypomnieniu sobie pamiątek swojego dzieciństwa: Dzieci z Bullerbyn w reżyserii i adaptacji Sławomira Narlocha to porządny spektakl. Zabawny, bezpretensjonalny, nieco sztubacki i zadziorny. A także zwyczajnie radosny z nutką melancholii, dobrze znaną z powieści Astrid Lindgren (autorki między innymi cyklu powieści o nie mniej żywiołowej i bezczelnej w najlepszym tego słowa znaczeniu Pippi Pończoszance). Sceniczna kompozycja tego spektaklu sprawnie balansuje między żartem, dziecięcym przekomarzaniem oraz wartościową w mojej opinii ofertą dydaktyczną, która jednocześnie nie jest nachalna czy protekcjonalna. Bo i też Narloch – przy pomocy kilku niezłych piosenek do tekstu swojego autorstwa – nie próbuje nikogo agitować ani naprawiać i skupia się raczej na afirmujących oczywistościach, których z jakiegoś powodu powtarzania nigdy dosyć: jak sobie poradzić z młodzieńczym zauroczeniem, chłopcom też zdarza się płakać i nie ma w tym nic złego, dziewczynki są równie odważne i decyzyjne, a kogut Albert może preferować jednak tożsamość kurzą i miano Albertyny, gdy tylko zniesie swoje pierwsze jajko (w tej roli brawurowy Robert Chodur).
Przy tym spektakl Narlocha może też trafić do starszych widzów. Trudno mnie uznać za wielkiego znawcę teatru, którego zakładanym odbiorcą są dzieci, jednak zauważyłem, że twórcy nie porzucają artystycznych ambicji oraz robią dobry użytek ze swojego realizatorskiego warsztatu, czym trafiają do wrażliwości i gustu starszego widza. A także nie boją się zaoferować dzieciom sztuki o wysokich walorach artystycznych. By wymienić pierwsze przedstawienie, które mi przychodzi teraz do głowy: taka przecież była Niewiarygodna historia Małej S. w reżyserii Miry Mańki, zrealizowana w Teatrze im. Juliusza Osterwy w Lublinie; dzieło interesujące artystycznie i estetycznie. Nie inaczej jest z rzeszowskimi Dziećmi z Bullerbyn. Do opowiedzenia tej historii zaprzęgnięte zostają całkiem zaawansowane narzędzia interpretujące powieść.
Rzeszowskie Dzieci z Bullerbyn opowiadają dość prostą, rozpisaną na epizody historię Lisy (Aleksandra Ożóg), Anny (Aniela Kowalska), Britty (Joanna Baran-Marczydło), Lassego (Stanisław Twaróg), Bossego (Jakub Gąsior) oraz Ollego (Maciej Kokot), paczki dzieciaków w podobnym wieku, która mieszka i rozrabia w niewielkiej, uroczej osadzie we Szwecji. Bullerbyn – składające się zaledwie z trzech zagród: Północnej, Środkowej i Południowej – opisane zostało przez Astrid Lindgren w kapitalnej powieści z 1947 roku jako sentymentalne, sielankowe i magiczne miejsce szczęśliwego dzieciństwa; przystań oferująca wiele przygód i chroniąca przed niebezpieczeństwem. W Bullerbyn jesteśmy bezpieczni, zaopiekowani. Był taki jeden moment we wczorajszej premierze, który szczególnie zapadł mi w pamięć. W jednej ze scen dzieci, czytające dziadkowi (Mieczysław Napieraj) gazetę, trafiają na liczne doniesienia o zbliżającej się wojnie, które zrobiły wyrażone werbalnie wrażenie na młodszych widzach. Coraz trudniej uniknąć tego tematu, szczególnie w 2025 roku, i w mojej opinii spektakle dla najmłodszych, które ten lęk próbują mimo wszystko wypowiedzieć, są szczególnie istotne. Dzieci z Bullerbyn poczuciu zagrożenia przeciwstawiają to, co jest wyjątkowo cenne, czyli znane, ciepłe otoczenie, będące źródłem nadziei w niepewnych czasach.

Adaptacja podtrzymuje nostalgiczną sielankowość powieści. Duża w tym zasługa wyraźnego oparcia kompozycji spektaklu na cyklicznym – podświadomie odbieranym jako powracającym – charakterze pór roku. Sprawia to, że epizodyczne historyjki, takie jak wyjście do sklepu, jazda na sankach, wyrywanie zęba czy nocowanie w stogu siana, zostają zebrane w spójną narrację. Pozwala to także na podtrzymanie logiki pamiętania jako takiego: kto jest w stanie stwierdzić w którym dokładnie roku stracił zęba czy odwiedził pierwszy w życiu jarmark? Czy nie jest raczej tak, że drapiemy się po głowie nieco zakłopotani, mruczymy „miałem wtedy może sześć, siedem lat, nie… osiem?” i jedyne, co wydaje się pewne, to pora roku? Ząb wypadł jesienią, bo pamiętam zapach jesieni, złote liście i nosiło się wełniane swetry.
To poczucie intensywnego działania pamięci, którą uaktywnia szczegół (niektórzy wskażą magdalenkę, inni zapach cynamonu) wzmocniły we mnie scenografia i kostiumy zaprojektowane przez Maksa Maca z ogromną dbałością o szczegóły. Dlaczego jednak widzę w nich moc ewokowania wspomnień? Z jednej strony wydają się sprawnym wykorzystaniem „dobrze znanego”, jakiegoś głęboko we mnie zakorzenionego poczucia, że trzy zagrody z Bullerbyn muszą wyglądać dokładnie tak: trzy drewniane, piętrowe domy, których widok rozbudza jakieś ciepłe skojarzenie, drzewo, dobrze znane płoty czy stogi siana, jakiś pagórek i ta ogólna swojskość. Z drugiej strony – i być może w tym tkwi cała pamięciowa sztuczka – scenografia Maca wydaje się być inspirowana ilustracjami znanymi z książek dla dzieci, być może nawet tymi, które poznałem jako dziecko przy swojej lekturze powieści Lindgren.
Kolejnym narzędziem adaptacyjnym są wspomniane wcześniej piosenki do tekstów Narlocha, które oprócz funkcji dydaktycznej i afirmacyjnej zdają się także pełnić rolę interpretacyjnej nadbudowy względem oryginału powieści. Ich autor nie dopisuje jednak nieobecnej w powieści treści, lecz pozwala sobie na subtelne rozwinięcie pewnych wątków czy wrażeń oraz oferuje autorską reinterpretację sytuacji scenicznej. Kiedy widzimy, że Olle smali cholewki do Lisy, to opowiedziane jest to nie tylko przez nieśmiałe i niezdarne gesty dzieciaków, lecz także przez piosenkę, w której chłopiec i dziewczynka zgadzają się co do jednego zasadniczego faktu dotyczącego ich związku: całowanie jest fuj! Piosenka (ta i inne) ma zabawny, zgrabny tekst, ale też świetnie działa z dobrą, wpadającą w ucho aranżacją autorstwa Jakuba Gawlika. Współpracujący z Narlochem kolejny już raz (między innymi po Oratorium o mleku czy Alicji Krainie Czarów) aktor, muzyk i kompozytor, stworzył interesującą, eklektyczną oprawę muzyczną, która wspaniale wspiera i rozwija sceniczne sensy poprzez songi i kreujące nastrój towarzyszenie. Światotwórcze znaczenie muzyki podkreśla obecność na scenie zespołu w składzie Damian Kurasz/Witold Paśko (gitary), Nazari Kaliszczuk/Dariusz Kot (akordeon), Przemysław Kuta/Dariusz Krzysztoń (perkusja) i Łukasz Kuklewicz/Piotr Kwolek (saksofony). Należy też docenić wokalne przygotowanie aktorów (pod kierunkiem Magdaleny Czuby), które pozwoliło na świetne wykonanie nawet najtrudniejszych partii – szczególnie myślę nie tylko o trudnych do zaśpiewania nutach, lecz także tych „zwierzęcych” Chodura i fantastycznego Mateusza Marczydło w psiej roli Svippa.
Dzięki muzyce na żywo spektakl wydaje się dobrze utrzymywać tempo przebiegu akcji, które w kontekście przedstawień dla dzieci musi spełnić określone warunki, aby tej wymagającej widowni zwyczajnie nie zanudzić. Podkarpackie dzieci szybko się wczuły w teatralny i muzyczny pokaz, lecz nie udało się niestety uniknąć drobnych kiksów, przez które napięcie całości zdaje się siadać (były może ze dwa takie momenty, w które zaburzyły wartką płynność, więc to raczej szczegół, który powinien się „ograć” w kolejnych przebiegach). Mam też pewne wątpliwości co do dramaturgicznych wyborów w zakończeniu spektaklu. Zasadniczą klamrą kompozycyjną (poza prologiem i epilogiem) są dwa większe à la musicalowe numery w wykonaniu całej obsady. Są one dobre, bogate, widowiskowe. Narloch jednak po wieńczącym spektakl utworze wprowadza ostatnią, cichą, skupioną scenę, w której dzieci porównują, które z nich ma najbrudniejszą wodę po kąpieli (oczywiście wygrywa ta osoba, która ubrudziła się najbardziej – to dopiero nazywa się wykorzystany w pełni dzień!). Gwałtowna, kontrastująca zmiana rejestru w mojej opinii wytraca poziom, który udało się osiągnąć kilka minut wcześniej. Oczywiście rozumiem i doceniam zamysł, być może premierowe ogranie jeszcze nie było wystarczająco okrzepłe, jednak epilog pozostawił we mnie poczucie pewnego niedosytu, być może delikatnego rozczarowania.
Nie zmienia to jednak mojej oceny całości. Powtórzę więc: „mnie się tam podoba”. I na tym w zasadzie mógłbym skończyć, ale jeszcze jedna kwestia jest warta poruszenia. Produkcja Siemaszki swoją premierę miała w ramach Rzeszowskich Spotkań Teatralnych od razu jako spektakl konkursowy. I była to w mojej opinii bardzo dobra, warta podjęcia ryzyka decyzja organizatorów, by na własnym boisku rozegrać mecz tymi zawodnikami. Szeroka widownia festiwalowa nie zawsze musi mieć wiele do czynienia z familijnymi formami przedstawień, zetknięcie się więc z ich jakościowym przedstawicielem może być niezwykle otwierające na potencjał i odwagę realizatorską tego nurtu współczesnej sceny. A także – z drugiej strony: poza festiwalami teatrów dla dzieci (np. Ogólnopolskim Festiwalem Teatrów Lalek w Opolu) najmłodsi widzowie raczej nie uczestniczą w festiwalowej kulturze scenicznej. Może raz na jakiś czas coś się trafi, ale programy zwykle skrojone są pod dorosłych. Wydaje się to poniekąd zrozumiałe, lecz także czasem warto zaprosić zupełnie innego widza. Kto wie, może dzieciom ten cały teatr się spodoba.
Astrid Lindgren, Dzieci z Bullerbyn, w przekładzie Ireny Szuch-Wyszomirskiej. Teatr im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie
Premiera 18 października 2025 r.
Reżyseria, adaptacja, teksty piosenek: Sławomir Narloch
Scenografia, kostiumy: Maks Mac
Muzyka: Jakub Gawlik
Przygotowanie wokalne: Magdalena Czuba
Reżyseria światła: Karolina Gębska
muzycy:
Gitary: Damian Kurasz/ Witold Paśko
Akordeon: Nazari Kaliszczuk/ Dariusz Kot
Perkusja: Przemysław Kuta/ Dariusz Krzysztoń
Saksofony: Łukasz Kuklewicz/ Piotr Kwolek
Inspicjentka: Anna Jochym
Obsada:
Aleksandra Ożóg, Aniela Kowalska, Joanna Baran-Marczydło, Stanisław Twaróg, Jakub Gąsior, Maciej Kokot, Piotr Napieraj, Magdalena Kozikowska-Pieńko, Michał Chołka, Robert Chodur, Mateusz Marczydło, Marek Kępiński


0 komentarzy